Organizacja i techniki drukarskie
Rakla, sito, metoda białkowa, pasta „Komfort” czy offset, a także nasłuch esbecji... W tym artykule opiszę, jak była zorganizowana solidarnościowa drukarnia obsługiwana przez rodzinę Błażewiczów i współpracujące osoby. Opiszę też różne techniki drukowania.
Na początku piwnica, a zaraz potem nasze mieszkanie w domu przy Jaworowej 44 we Wrocławiu było najważniejszym lokalem drukarni założonej przez tatę (Bohdan), któremu dzielnie towarzyszyła mama (Katarzyna).
Szybko pojawiły się jednak inne lokale. Chodziło o to, by nie było za dużo ruchu wokół jednego punktu konspiracyjnego. Trzeba było przecież dostarczyć mnóstwo papieru drukarskiego, przychodzili łącznicy z kliszami, pomocnicy do druku, wreszcie kolporterzy, którzy odbierali gotowe druki, książki czy gazety. Warto było mieć kilka takich lokali także na wypadek „wpadki”. W razie likwidacji, przez tajną policję polityczną SB, jednego punktu drukarskiego, pozostawały do wykorzystania inne.
Znam takie cztery dodatkowe lokalizacje naszej drukarni: skrytka pod piwnicą w domu byłego „winowca” Józefa Tallata-Kiełpsza na Oporowie, garaż przy willi Wincentego Pycaka w tej samej dzielnicy, klasztor OO. Kapucynów przy ul. Sudeckiej oraz mieszkanie w mrówkowcu (duży blok mieszkalny) przy skrzyżowaniu Kamiennej i Drukarskiej. Choć byłem tam kilka razy, nie potrafiłbym wskazać dziś dokładnego miejsca. Pamiętam tylko, że gospodarzami było sympatyczne małżeństwo, solidnie zbudowana pani, drobny pan, oboje bardzo weseli, oraz syn, który trenował karate. Tych lokali drukarskich musiało być więcej. Ale nie jestem w stanie ich odtworzyć. Wszystkie znał tylko tato, który nie żyje od 2008 r. (zdj. Arch. drukarni Błażewiczów)
Techniki drukarskie
Jeśli chodzi o techniki drukarskie, to stosowaliśmy ich cztery: białkowa, fotograficzna, sitowa i offsetowa. Ta fotograficzna to właściwie nie technika drukarska, ale zdarzało się, że właśnie zamiast drukować wywoływaliśmy kartki książek lub gazetek jak wywołuje się zdjęcia. Tak zostało „wydrukowane” jedno z wydań tomiku wierszy „Na skrzyżowaniu Azji i Europy” pod redakcją Tadeusza Patrzałka. Tak też była wydawana „gazetka” satyryczna „Ślepowron”, ale nie jestem pewny czy braliśmy udział w wydawaniu jakiegoś numeru.
Metoda białkowo-wałkowa
Tą metodą drukowaliśmy na pierwszym etapie przede wszystkim „Z Dnia na Dzień” – najważniejszą gazetę tajnego Regionalnego Komitetu Strajkowy (RKS) NSZZ „Solidarność”. Później druk tego pisma odbywał się na sicie. Natomiast przez całą historię istnienia „na białku” był drukowany „Wyrostek” – czasopismo uczniów szkół średnich. Także wiele gazetek robotniczych zakładów pracy jak „Iskierka” Pafawagu było drukowanych w ten sposób.
-
- Tadeusz Patrzałek z maszyną do pisania, na której przygotowywał matryce białkowe „Wyrostka”. Był znajomym mojej mamy z pracy, zdj. wsp., Arch P. Błażewicz
Pierwszym etapem było przygotowanie matrycy. W jej składzie chemicznym znajdowało się białko i z tej racji metoda ta była nazywana „białkową”. Delikatną matryce wkręcało się jak kartkę w maszynę do pisania. Zamiast na niej pisać, metalowe czcionki maszyny, swoimi uderzeniami wybijały w matrycy otwory w kształcie liter. Na nasączony farbą drukarską filc kładło się delikatną matrycę z wybitymi na maszynie otworami liter. Żeby przedłużyć żywotność delikatnej matrycy, można ją było położyć na sicie rozpiętym na ramce, jak na tym zdjęciu. Dopiero na to sito kładło się kartkę papieru i przyciskało wałkiem osadzonym na rączce, takim jak na zdjęciu i na banerku tej podstrony.
Matryca wytrzymywała druk około 500 egzemplarzy. Następnie zdejmowało się pierwszą matrycę, kładło drugą i drukowało odwrotną stronę kartki. Jeśli nic się nie skomplikowało, druk jednej strony tą techniką zabierał od 5 do 15 sekund. Jeśli gazetka miała dwie lub więcej kartek, łączyło się je zszywaczem. (zdj. Arch. drukarni Błażewiczów)
Technika białkowa powielaczowa
Ogromną zmianą było wprowadzenie elektrycznej maszyny drukarskiej. Było to zbawienne, bardzo ciężkie żelastwo o wymiarach ok. 50x50x50 cm. To cudo drukowało około 30 razy szybciej. Niestety było tak głośne, iż mieliśmy wrażenie, że słychać je na ulicy, a na 100 % u sąsiada na górze. Była jeszcze cichsza opcja drukowania na tej maszynie przy pomocy korby, ale to nie pozwalało w pełni wykorzystać możliwości tego urządzenia. Z tej racji rzadko drukowaliśmy na tej maszynie w naszym mieszkaniu.
Lepiej nadawały się do tego jednorodzinne domki wolnostojące jak ten pana Józefa Tallata-Kiełpsza. Ojciec przenosił tę maszynę w ogromnej torbie od roweru składaka „Wigry”. To taka sama torba jak zastosowana na filmie „80 milionów” do przeniesienia z banku pieniędzy wybranych przez władze „Solidarności” dolnośląskiej tuż przed wybuchem stanu wojennego. (zdj. Arch. drukarni Błażewiczów, autentyczny powielacz konspiracyjny krakowskiego drukarza Leszka Jaranowskiego)
Technika spirytusowa

Powielacz spirytusowy Leszka Jaranowskiego, fot. LJ
Osobiście, w epoce walki z komuną, nigdy nie spotkałem się z takim powielaczem, ale rodzice oraz inni drukarze pracowali też na takiej maszynie. Przygotowanie matrycy było podobne jak w wypadku techniki białkowej, ale tym razem matrycą nie była delikatna kalka podziurawiona czcionkami maszyny do pisania, ale kredowa podkładka takiej kalki, na której pozostawały, jakby nabite z tej kalki litery. Tę podkładkę kredową z „nabitym” tekstem zakładało się na bęben powielacza, który moczył matrycę w pojemniku z denaturatem, który służył za farbę i odbijał się na kartkach. Leszek Jaranowski mówi, że tak można było zrobić ok. 150 odbitek.
SITODRUK
Etapy cyklu produkcyjnego: makieta, klisze, sito, druk
Prawdziwą rewolucją było przyswojenie druku sitowego. Konspiratorzy antykomunistyczni we Wrocławiu nauczyli się go od artystów Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, gdzie stosowano ją od lat jako jedną z wielu technik artystycznych. Nadawała się fantastycznie, by zwiększyć jakość oraz ilość konspiracyjnej prasy. Pierwszym etapem wydawniczym było w tym wypadku zrobienie makiety, czyli gazety, znaczka, czy plakatu, najlepiej w formacie większym niż oczekiwany efekt wydruku. Dzięki temu gubiło się mniej szczegółów oryginału na kolejnych etapach produkcji. Makieta szła do fotografa, który przy pomocy kliszy światłoczułej wykonywał negatyw, gdzie druk był przeźroczysty, a całe tło było czarne. Następnie robiło się pozytyw, gdzie elementy drukowane były w kolorze czarnym, a reszta była przeźroczysta.

Makieta, negatyw, pozytyw i druk okładki śpiewnika turystyczno-historycznego drukowanego m. in. dla nieformalnej Grupy Turystyczno-Historycznej przy Parafii ojców kapucynów we Wrocławiu (Arch. drukarni Błażewiczów)
Ludzie z „Solidarności Walczącej” mieli na Politechnice Wrocławskiej dostęp do japońskiego kserografu, który pozwalał omijać fotografa, bo skanując makietę od razu drukował na folii pozytyw. Ale to dobrodziejstwo było dostępne dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Łącznicy z innych czasopism czasami przynosili na Jaworową samą makietę. Wtedy tato sam robił klisze. Zawsze interesował się fotografią. Poza tym, im mniej ludzi było zaangażowanych w produkcję nielegalnej „bibuły”, tym łatwiej zachować konspirację. Ale gdy się spieszyło, trzeba było skorzystać z pomocy innych.
Jeden z takich konspiracyjnych fotografów mieszkał w tzw. wrocławskim „Trójkącie Bermudzkim”, czyli w okolicy ulic Traugutta i Kościuszki. Było to mieszkanie sympatycznego małżeństwa z dziewiątką dzieci. Wszystko chodziło tam jak w zegareczku, każdy miał swoje dyżury i inne obowiązki. Nie jestem w stanie dzisiaj dojść, ani jak się nazywali, ani gdzie dokładnie mieszkali.
Rama i sito
Większość drukarzy „Solidarności Walczącej” pracowała na ramkach skręcanych z rurek. Pozwalało to na łatwiejsze ich ukrycie i transport. Dla taty było to niewygodne i narzekał na trudności w dobrym naciągnięciu sita na taką ramkę. Kupował więc w sklepie dla artystów elementy do ram malarskich. Sam sklejał je żywicą epoksydową, która chwytała jak beton.
-
- Gotowe sito drukarskie. Marginesy „zablokowane klejem. Z tej strony nakładało się farbę i przeciskało ją raklą
Zamiast blejtramu naciągał na taką ramę specjalny biały materiał ze sztucznego tworzywa zwany szyfonem, gdzie na 1 milimetr przypadało nawet do 10 włókien. Tak gęste sito stosowało się przy drukowaniu zdjęć. Do druku gazet wystarczył materiał o mniejszej gęstości. Tato najpierw mocował szyfon do ramy pinezkami. Ostatecznie zszywacze uderzone solidnie robotniczą ręką okazały się skuteczniejsze. Potem często dodatkowo nasączał klejem przestrzenie styku płótna i drewnianej ramy. Chodziło o to, żeby nie wciskała się tam farba. (zdj. Arch. drukarni Błażewiczów)
Emulsja i naświetlanie, a czasem sianie
Tak przygotowane sito nasączało się pędzelkiem emulsją światłoczułą, której skład był stałym obiektem doskonalenia. Emulsja bywała dostępna w sklepach, ale najlepszą trzeba było ściągać z zagranicy. Często drukarze robili ją sami kosztem niezliczonych prób i błędów. Na wyschniętą emulsję kładło się klisze i naświetlało silną żarówką np. 1000 watową. Światło utwardzało emulsję znajdującą się pod przeźroczystymi elementami kliszy. Nie reagowało z emulsją tam, gdzie zasłaniały czarne litery lub inne elementy diapozytywu.
Tę nieutwardzoną emulsję wypłukiwało się pod prysznicem. Następował etap próbnego wydruku, by sprawdzić jakość sita. Nieraz okazywało się, że w niektórych miejscach, gdzie powinien być druk, emulsja naświetliła się i nie przepuszcza farby. Innym razem, że niedostatecznie utrwaliła się emulsja na częściach bez druku. W efekcie przepuszcza tam farbę i na zadrukowanej kartce wychodzą niepotrzebne kropki lub kreski. Mówiło się wtedy, że „sito sieje”. Tak więc nie raz proces naświetlania trzeba było powtarzać po wiele razy. Te próbne wydruki tato często robił mniej wartościową kolorową, znaczy nie czarną farbą.
Mocowanie sita jak za Gutenberga
Gotowe do druku sito mocowało się zawiasami do deski przykręconej do stołu. Na każdym z czterech brzegów deski był przytwierdzony pasek plastikowej taśmy w kształcie spłaszczonej litery „omega”. Było to zabezpieczenie, by ryza papieru pod sitem nie przemieszczała się.
-
- Sita Leszka Jaranowskiego gotowe do druku na pikniku historycznym „Solidarności Walczącej we Wrocławiu, 2019 r. (zdj. P. Błażewicz)
Kompromis farby z mydłem 
Oddzielnym rozdziałem było przygotowanie farby. Jeśli miały być drukowane gazety, ważnym składnikiem była mydlana pasta „Komfort”. Często był to fundamentalny składnik zabarwiony pigmentem. Taka farba była tania i miała dobry poślizg w czasie drukowania. Litery nie były zbyt ostre i druk rozmazywał się po wyschnięciu, jeśli zawierał zbyt dużo „Komfortu”, ale chodziło przecież o gazetę, która w krótkim czasie traciła ważność. Trzeba było się wykazać wyższym mistrzostwem przy farbach do książek, pocztówek, znaczków, czy druków ze zdjęciami. Te rzeczy wymagały trwałości i dobrej estetyki, a więc trzeba było zastosować profesjonalne farby i tak grać dodatkami, żeby farba nie wysychała na sicie zatykając je, a jednocześnie by nie schła zbyt długo wydrukowana na papierze. Zawsze ważnym aspektem był dobry poślizg rakli po sicie.
Francuskie konwoje Martinezów
Oprócz zdobywanych nielegalnie z państwowych drukarń, profesjonalne farby i barwniki przyjeżdżały ukryte w ciężarówkach z pomocą humanitarną, na przykład z Francji. Małżeństwo Luis i Jacqueline Martinez z francuskiego Aix en Provence założyło stowarzyszenie Pologne-Liberté. Między 1982 a 87 rokiem zorganizowali przyjazd do Polski 94 ciężarówek z pomocą humanitarną i różnego rodzaju sprzętu dla opozycji antykomunistycznej. Oprócz Wrocławia docierali też do Krakowa, Rzeszowa, Warszawy i Gdańska. Przywozili też papier, zszywacze do książek, publikacje emigracyjne, części elektroniczne do nadajników Radia „Solidarność” i do skanerów podsłuchowych przeciwko komunistycznej Służbie Bezpieczeństwa i Milicji.
-
- Od lewej: kapucyni o. Stanisław Wardęga i o. Adam Białek, wolontariusze z Pologne-Liberté – Dominique Duteil, dziennikarz Radia-France International, Luis Martinez, zima 1986/87, Arch. Rodziny Martinezów.
-
- W mieszkaniu państwa Martinezów, od lewej Luis M., Emmanuel M., Marie M., rosyjski emigrant, muzyk, Andriej Wołkoński, Jacqueline M., Jean M, zdj. z lat 90-tych, Arch. Rodziny Martinezów.
Kisiel i rakla, czyli o drukowaniu ciąg dalszy
No ale wróćmy do farby. Dodatkami bywały najróżniejsze substancje od sadzy, spirytusu i terpentyny po mydło, pastę do butów i kisiel. Każdy drukarz eksperymentował, jak potrafił. Krakowscy drukarze wpadli na pomysł dodawania kleju do tapet. To sprawiało, że nawet mocno rozcieńczona różnymi substancjami farba dobrze schła i nie rozmazywała się później pod wpływem wilgoci. Do przeciskania farby przez sito na papier służyły tzw. rakle. Ich funkcję zwykłe spełniały ściągaczki wody z szyb, które można było kupić w sklepie.
Tato sam robił rakle większe, solidniejsze i bardziej wygodne. Była to deska o długości ok 30 cm., która miała w jednym boku wpuszczony kawał gumy. To dawało sprężystość i miękkość na styku z sitem. (fot. P. Błażewicz, Warsztaty drukarskie Leszka Jaranowskiego na pikniku Solidarności Walczącej we Wrocławiu, 2018 r.)
Drukowanie i suszenie
Drukarz nalewał trochę farby na sito, przyciskał je do znajdującego się pod spodem papieru i rozprowadzał farbę po sicie przeciskając ją jednocześnie na papier przez miejsca nie zaklejone wcześniej emulsją światłoczułą. Po czym drukarz podnosił ramę sita a pomocnik siedzący z drugiej strony wyciągał świeżo zadrukowany arkusz i odkładał go na bok. Jak nie było pomocnika, drukarz wszystko robił sam.
-
- Podziemna drukarnia „Solidarności Walczącej” w mieszkaniu Maryli Rybarskiej, druk w technice sitowej, drukują Maryla Rybarska i Ludwika Ogorzelec (1), Wrocław 1983 (fot. NAF Dementi)
-
- Druk prasy w technice sitowej, wyjątkowo wałkiem, Maryla Rybarska i Ludwika Ogorzelec (2), Wrocław 1983 (fot. NAF Dementi)
Jeśli farba szybko wsiąkała w papier i schła, następny arkusz można było kłaść na wcześniejszy, jeśli nie, to pomocnik rozkładał kolejne zadrukowane kartki na stołach ustawionych wokół niego. Do tego przydatny nam był obrotowy taboret, który zwykle stał przy pianinie. Czasami składaliśmy wszystko na jedną stertę, ale kładąc na zadrukowaną kartkę przekładkę z gazety, by nie brudzić odwrotnej strony kolejnej kartki. Jeśli kartki wymagały dłuższego schnięcia, zadrukowane stosy wędrowały na gorący bojler wiszący w łazience nad wanną. Po wyschnięciu, odrywało się posklejane arkusze, lub oddzielało od przekładek i uderzając brzegami kartek o stół układało w równe ryzy, które mieściły się między omegami pod sitem i były gotowe do druku drugiej strony.
Nasłuchiwanie esbecji
Mieliśmy w domu skaner do nasłuchu „esbecji” (tajna komunistyczna policja polityczna SB) i milicji.
-
- Przystawka do radia do nasłuchu na falach milicji i komunistycznej tajnej policji politycznej SB, z tyłu układy scalone do produkcji skanerów do nasłuchu. Gablota wystawy „Solidarność Walcząca” w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL przy ul. Rakowieckiej w Warszawie (fot. P.Błażewicz)
Właściwie była to przystawka, którą trzeba było podłączyć do radia. Takie około dwudziestocentymetrowe kremowe plastikowe pudełko z kabelkiem jako anteną. Rzadko używaliśmy go na Jaworowej. Stresujące było słuchanie przy pracy trzasków, szumów i od czasu do czasu milicyjnych rozmów. W razie czego i tak nie było dokąd uciekać.
Offset
Marzeniem każdego drukarza był offset. Stosunkowo niewielka maszyna, którą można było przenosić w dużej torbie. Drukowała bardzo szybko, świetnie jakościowo, i praktycznie w nieograniczonej ilości. Matryca białkowa zużywała się po wydrukowaniu ok. 500 egzemplarzy, sito po ok. 1000–1500 egz. W wypadku offsetu można było drukować tysiącami. Pierwszy offset tato zdobył przypadkiem. U jednego z wiernych pomocników – Mariana Cieślikowskiego- jakiś konspirator zostawił offset i zniknął. Tę bezpańską maszynę zaczął używać mój ojciec. Później, w ramach „Solidarności Walczącej” uczestniczył w sprowadzaniu offsetów z Norwegii. Przywozili je tirowcy, a tato porozumiewał się z nimi z pomocą tłumacza – wykładowcy Politechniki Wrocławskiej Mirosława Zabierowskiego. Matryce do offsetu trzeba było naświetlać na specjalnych blachach.
-
- Maszyna do naświetlania blach offsetowych używana w czasie wojny polsko-jaruzelskiej przez Leszka Jaranowskiego, zdj. wsp. L.Jaranowski
-
- Tak zwana „blacha” czyli matryca do powielacza offsetowego, prawdopodobnie do druku „Historii Polski” Andrzeja Alberta czyli Wojciecha Roszkowskiego (Arch. drukarni Błażewiczów)
To drukowanie wymagało też specjalnej farby. Obie kwestie były trudne do zdobycia i dość kosztowne, więc druk sitowy pozostał jako dominujący. „Wpadka” offsetu uniemożliwiała druk kilku drukowanych na nim pism. Natomiast aresztowanego drukarza „sitowego” zastępował szybko inny, bo były ich dziesiątki. Z tego też powodu ten sam numer pisma „Solidarność Walcząca” był często drukowany w kilku drukarniach na raz. W razie „wpadki” jednej drukarni, pismo i tak docierało do czytelnika, a komunistyczna policja polityczna dostawała białej gorączki, bo ich sukces okazywał się bez większego znaczenia.
Jeśli spodobał ci się ten artykuł, możesz wesprzeć rozbudowę i ulepszanie tej strony wpłacając na zrzutkę
lub bezpośrednio na konto: 98 2490 0005 0000 4100 5380 7135; tytuł przelewu – Jaworowa 44,
dla przelewów zagranicznych PL 98 2490 0005 0000 4100 5380 7135
Alior Bank SA, BIC/SWIFT: ALBPPLPWXXX




























