„Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną, poświęcać swe siły, czas – a jeśli zajdzie potrzeba – swe życie dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego Ruchu, nie zdradzić go i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania”. /rota przysięgi „Solidarności Walczącej”/ Na slajderze znajduje się zdjęcie mojej rodziny, od lewej: moja siostra Dorota, mama - Katarzyna, brat - Piotr, ciocia Felicja z Olsztyna, ja i tato - Bohdan. Siedzimy na kanapie w pokoju, gdzie drukowaliśmy. Tato trzyma w dłoni kalendarz z Kornelem Morawieckim na rok 1988, który wydrukowaliśmy po jego aresztowaniu w listopadzie 1987, i wyrzuceniu z Polski. Na slajderze na stronie głównej jest na tym zdjęciu widoczna także podobizna Józefa Piłsudskiego oraz fragment wytłoczonego w metalu wizerunku Trzech Krzyży gdańskich postawionych ku czci osób pomordowanych przez komunistów w grudniu 1970 r.
Konspira – pełne zanurzenie
Już od grudnia 1981 r. mieliśmy w naszym wrocławskim mieszkaniu przy ul. Jaworowej 44 drukarnię związaną z Regionalnym Komitetem Strajkowym, czyli dolnośląskimi władzami Związku Zawodowego „Solidarność”, który po wybuchu stanu wojennego zszedł do podziemia. Mój ojciec – Bohdan Błażewicz, spawacz Megabudu wykonujący pracę w Pafawagu czy Hutmenie, nauczył się drukowania jeszcze w tzw. karnawale „Solidarności”, kiedy ta organizacja była legalna.
-
- Dom przy ul. Jaworowej 44, mieszkaliśmy na parterze, moi rodzice z tandemem ok. 1980 r., dziś ma innego właściciela, Arch. P. Błażewicza.
Na początku konspiracji drukowaliśmy tylko gazetę RKS-u „Z Dnia na Dzień”. Powoli dochodziły inne tytuły, z czasem, prawie wszystkich środowisk opozycyjnych Wrocławia, Dolnego Śląska, a nawet niektóre tytuły z Górnego Śląska czy Warszawy: „Prawda” RKS-u, „Jutrzenka” Solidarności Pafawagu, „Iskierka” Solidarności PKP, uczniowski „Wyrostek” założony przez prof. Tadeusza Patrzałka, „Tygodnik Wojenny”, „Biuletyn Dolnośląski” Kornela Morawieckiego, „Solidarność Walcząca” i wiele, wiele innych; do 1990 r. w sumie około pięćdziesięciu tytułów, oczywiście nie od pierwszego do ostatniego numeru. Dla wszystkich członków rodziny było jasne, że najbardziej sympatyzujemy z Solidarnością Walczącą, ale dopiero po 2000 r. dowiedziałem się, że tata był zaprzysiężonym członkiem tej organizacji.
Ojciec nie tylko drukował, ale także angażował się w pomoc przy okazji manifestacji, w kontrwywiadzie SW, konspiracyjnym radiu czy przy produkcji kolców przeciwko milicyjnym samochodom. W tych działaniach, w różnym stopniu, brali udział wszyscy członkowie rodziny, od babci Tatiany Stolarczyk, z pochodzenia zresztą Rosjanki, po najmłodszego brata Piotra, który w stan wojenny wchodził w pieluchach, ale zdążył wyrosnąć wystarczająco, by zasmakować farby drukarskiej, zanim Wojciech Jaruzelski przestał być prezydentem w grudniu 1990 r. Kluczową rolę odegrała oczywiście mama Katarzyna, która zgodziła się na drukarnię w mieszkaniu i czynnie wspierała tę działalność jako pomocnik drukarza czy łączniczka. Dla nas wszystkich były to najczęściej długie godziny odbierania spod sita drukarskiego zadrukowanych kartek papieru.
Zaczęło się od psa
Tata jakoś gwałtownie zareagował na szarpnięcie psa, którego wyprowadzał sąsiad ze środkowej klatki bloku przy Jaworowej 40: „Niech się pan nie boi, on szczeka tylko na milicjantów”, uspakajał Bogdan Kowalski. Dla ojca było więc jasne, że Kowalski to bratnia dusza. Od tego wydarzenia zaczął mu dawać „naszą” bibułę. Kowalski rewanżował się „Biuletynem Dolnośląskim”. Ten miesięcznik Kornela Morawieckiego docierał do niego przez syna Cypka, który dostawał go od swojego rówieśnika z sąsiedniego bloku Tomka Szlachcica. Tomek zaś otrzymywał bibułę od sąsiada, Olka Lebiedzińskiego, który znał Kornela Morawieckiego i był kolporterem „Biuletynu Dolnośląskiego” jeszcze przed powstaniem Solidarności. Olek mieszkał w ostatniej klatce – na wprost naszego okna kuchennego – wraz z żoną Izą oraz trójką dzieci: Asią, Witkiem i Zosią. Pani Iza była prawdziwą bohaterką. Na jej głowie było funkcjonowanie rodziny, bo Olek po uszy zaangażował się w konspirację i był trochę takim życiowym poetą. Bardzo wcześnie został członkiem Solidarności Walczącej.
Kowalski skontaktował tatę z Tomkiem, a ten z Olkiem. Pierwsze spotkanie odbyło się w mieszkaniu państwa Szlachciców. Od razu dla wszystkich było jasne, że Solidarność to za mało, że celem jest wolna Polska – walka z komuną, a nie tylko prawa pracownicze. Olek szybko przekazał informację Hani Łukowskiej-Karniej, że jest człowiek, który ma drukarnię i chce „robić” także rzeczy Walczącej. Tomek został jednym z najwierniejszych pomocników drukarni.
Olek i „Dziadek”
Mama wspomina dziś, że którejś nocy tata wrócił późno do domu i powiedział, że został zaprzysiężony. Olek, a zwłaszcza Tomek na stałe związali się z drukarnią przede wszystkim jako pomocnicy drukarza i oczywiście przyjaciele rodziny. Olek służył też swoimi skrytkami na papier i na wydrukowaną już bibułę. Korzystał z uprzejmości różnych sąsiadów z bloku, którzy udostępniali miejsce w swoich piwnicach, więc nawet jeśli esbecja robiła u niego rewizję, nie była w stanie znaleźć całego nakładu.
Olek Lebiedziński skontaktował tatę również z „Dziadkiem”, czyli Józefem Tallatem-Kiełpszem, który w latach pięćdziesiątych został aresztowany za działalność w Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość” i kilka miesięcy przesiedział w celi śmierci. Stawiając swój dom w latach siedemdziesiątych, wybudował pod piwnicą tajne pomieszczenie, które udostępniał na drukarnię. Wchodziło się najpierw do warsztatu w piwnicy. Dalsza droga w dół wiodła przez szafę ubraniową, jak do Narnii… Były tam drukowane nie tylko wydawnictwa związane z Solidarnością Walczącą, ale także „Wyrostek” i wiele innych. Jego rodzina walczyła o polskość jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym na terenie Litwy kowieńskiej. W 1985 r. współtworzył ugrupowanie polityczne, nazwane później „Zamek”. Od 1987 r. zaczęło wychodzić pismo o takim tytule, które drukował mój ojciec. W projekcie okładki pomagała córka „Dziadka” – Aleksandra. Józef Tallat-Kiełpsz, i siłą rzeczy „Zamek”, przywiązywał ogromną wagę do ciągłości tradycji prawnej II Rzeczpospolitej. Gdy Rząd na uchodźstwie przekazał insygnia władzy prezydentowi Lechowi Wałęsie, pan Józef w proteście zrezygnował z przyznanego mu londyńskiego Krzyża Odrodzenia Polski…
-
- Szafa maskująca zejście do skrytki w piwnicy domu Józefa Tallata, na zdjęciu Aleksander Lebiedziński, fot. współczesne.
„Tytus”, czyli pani Zosia
Jeśli chodzi o inne osoby z naszego otoczenia związane z SW, z perspektywy mieszkańców Jaworowej 44 na pierwszym miejscu była Zofia Szutrak. Poznaliśmy ją dzięki proboszczowi o. Adamowi Białkowi. Była psychologiem w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Kraszewskiego, szefem zakładowej Solidarności, a jednocześnie pracowała jako wolontariusz w parafialnej poradni rodzinnej. Poznaliśmy się właśnie w tych okolicznościach. Szybko stała się członkiem naszej rodziny. Pani Zosia była przyjaciółką Hani Łukowskiej-Karniej, prawej ręki Kornela Morawieckiego. Wraz z koordynowaną przez siebie tzw. grupą „Tytusa” (jeden z jej pseudonimów) zajmowała się kolportażem bibuły drukowanej we Wrocławiu oraz w innych częściach Polski. Jedna z jej skrzynek kolporterskich znajdowała się na terenie parafii wrocławskich kapucynów przy ul. Sudeckiej.
Kapucyni, kobieta i brudna wanna
Ojciec dysponował w kapucyńskim klasztorze stałą bazą drukarską. Często pomagała tam Małgorzata Suszyńska, wówczas Ścięgosz. Opowiada, że zakonnicy bardzo dbali o drukarzy. Kiedyś przyszedł do nich o. Białek, w piżamie, w środku nocy: „Niczego wam nie brakuje? Wszystko gra?” „Tak, ojcze”, „Pamiętajcie, że jestem w stanie zaakceptować kobietę za klauzurą klasztoru, ale nigdy nie zaakceptuję wanny brudnej od farby drukarskiej” – dodał z uśmiechem. Rzeczywiście, to była brudna robota. Po serii esbeckich rewizji w naszym mieszkaniu w kwietniu 1987 r. o. Białek zatrudnił tatę jako pracownika fizycznego parafii. Była to bardzo wygodna przykrywka do działalności konspiracyjnej.
Papier z portu rzecznego
Prawdopodobnie dzięki pani Zosi ojciec poznał „Leszka”, czyli Aleksandra Kalinowskiego. Tata przekazał mu kontakt do pozyskania przemysłowych ilości papieru drukarskiego za pośrednictwem pracowników wrocławskiego portu rzecznego na Odrze. Wojciech Myślecki opowiadał, że kiedyś bela takiego papieru wypadła z nyski i rozwinęła się na jezdni jak papier toaletowy. Na szczęście był to wczesny ranek. Konspiratorzy szybko wyskoczyli z samochodu i zwinęli cenny materiał.
Kalinowski zajmował się nielegalnym drukiem książek w drukarniach państwowych. Był z tej racji bardzo zakonspirowaną osobą. Stał się mistrzem w hurtowym zdobywaniu papieru. Jeden z jego tajnych magazynów znajdował się w garażach nieopodal Pantomimy przy ul. Jarzębinowej, zaraz obok bloku Zofii Szutrak, która dawała mu znać, gdy działo się tam coś podejrzanego. To właśnie w mieszkaniu pani Zosi Hania Łukowska-Karniej została zatrzymana w czerwcu 1984 r. Gdy ją aresztowano kolejny raz, w listopadzie 1987 r., tym razem z Kornelem Morawieckim, wydrukowaliśmy dwa kalendarze na rok 1988, z wizerunkiem Hani – „Solidarność czekamy na Ciebie”, oraz ze zdjęciem Kornela – „Solidarność walczy o Ciebie”.
Młodzi z SW i Rosjanie
Klisze do druku „Solidarności Walczącej” przynosił w pewnym okresie Mariusz Mieszkalski, jeden z najmłodszych więźniów politycznych i jeden z najmłodszych członków SW. Często pomagał drukować na Jaworowej. Zasada była taka, żeby ten sam numer był robiony w różnych drukarniach. Nawet jeśli jedna została zlikwidowana przez esbeków, pismo i tak się ukazywało, a tajniacy szaleli, że ich działania nie przyniosły większych rezultatów. To była też wielka przewaga druku sitowego nad offsetowym. Drukarnia offsetowa mogła zrobić cały nakład, ale gdy wpadła, nie ukazywał się dany numer czasopisma.
Tata zajmował się również szkoleniem drukarzy. O takiej tajnej sesji szkoleniowej opowiedział mi jakiś czas temu Artur Adamski. Młodzi adepci byli zaskoczeni, jak niewiele środków jest potrzebnych do prostego druku. Natomiast trzeba było mieć dużo samozaparcia. Porad technicznych udzielał także mojemu koledze z parafialnej katechezy Romkowi Adamowiczowi. Romek miał jednak także inne kontakty z SW, i tą drogą poproszono go o druk „Wolnej Polski”, Pisma Grupy Młodych SW, założonego przez Zbigniewa Jagiełłę, wieloletniego prezesa PKO BP w wolnej Polsce.
-
- Romuald Adamowicz, przebrany na balu karnawałowym ok. 1987 r. za aktywistę komunistycznego, Arch. R. Adamowicz.
Solidarność Walcząca pomagała finansowo i organizacyjnie wielu innym środowiskom, zwłaszcza młodzieżowym. Wiedziałem, co robiliśmy przy Jaworowej, bo pomagałem drukować, ale dopiero w 2018 r. dowiedziałem się, że ojciec drukował przynajmniej pierwszy numer gazetki „Neptuś” Zespołu Szkół Elektronicznych, redagowanej przez wspomnianego Romka, czy też „TKSBK”, gazetkę XIV Liceum Ogólnokształcącego, do którego sam uczęszczałem, a którą redagował inny mój kolega Radosław Mikorski. Konspiracja zobowiązywała.
Tata szkolił co najmniej trzech drukarzy z tzw. demoludów, jednego z Bułgarii i dwóch z Rosji. Jeden z nich to Igor Mangaziejew z Tweru, inżynier lotnictwa, a następnie dziennikarz działający później w Memoriale. Znaliśmy język rosyjski, więc SW chętnie przekazywała nam na szkolenia ludzi ze Wschodu.
Wiele druków, wielu drukarzy
Na ogólną liczbę 50–60 tytułów, które przewinęły się przez drukarnię Błażewiczów, tylko około dziesięciu było związanych organizacyjnie z SW: wspomniana już „Solidarność Walcząca” i „Biuletyn Dolnośląski”, a także „Biuletyn Informacyjny Solidarności Walczącej” (BiS), „Wiadomości Bieżące”, „Wolna Polska”, „Jednością Silni”, „Kontra”, „Solidarność Dolnośląska” czy „Replika”. Warto też wymienić niezależną redakcję pisma „Bez Cenzury”, która w zamian za druk dostarczała Walczącej m.in. sprzęt do kolorowego druku precyzyjnego czy do liczenia arkuszy papieru. Po trzydziestu latach trudno powiedzieć, ile numerów którego pisma, i w jakim okresie drukowaliśmy na Jaworowej czy w innych „naszych” lokalach. Być może niektórych pism tylko kilka numerów, a innych kilkadziesiąt. Zgodnie ze wspomnianą zasadą bezpieczeństwa, czasopisma drukowane przez naszą drukarnię były robione także przez innych. Chciałbym przypomnieć tu drukarza i menadżera drukarń, „królową podziemnego druku”, nieżyjącą już Barbarę Sarapuk.
Offsety raczej nie, a jednak
Kornel Morawiecki był wielkim propagatorem druku sitowego zarówno z powodów bezpieczeństwa druku, jak i ze względu na aspekty socjologiczne. Sieć drukarń sitowych angażowała większą liczbę ludzi. A im więcej członków SW było poważnie zaangażowanych, tym organizacja była prężniejsza. Ale w tej kwestii nie było dogmatów i nie przeszkadzało to SW ściągać maszyn offsetowych np. z Norwegii. Ojciec koordynował przyjęcie kilku takich transportów i ulokowanie ich w bezpiecznych miejscach. Offsety były przywożone do Wrocławia norweskimi tirami, a dogadać się z kierowcami pomagał tacie wykładowca Politechniki Wrocławskiej Mirosław Zabierowski.
Gdzie anioł nie może, tam babę pośle
Organizatorem i szefem drukarni Błażewiczów była oczywiście głowa rodziny, ale zdarzenie z pierwszej rewizji przy Jaworowej 44 pokazuje, jak kluczowy był stały udział pozostałych jej członków. Kwietniowego popołudnia 1987 r., w ramach ogólnopolskiej akcji dekonspirowania Solidarności Walczącej, przyszło do nas dwóch esbeków, którzy chcieli porozmawiać z Bohdanem Błażewiczem. Ponieważ taty nie było, mama zaprosiła ich do pokoju synów, i tam z nimi czekała. W tym czasie moja siostra Dorota, w koszu na śmieci wynosiła z innego pokoju do ogrodu sprzęt drukarski przygotowany do pracy na ten wieczór. Gdy jeden z esbeków wyszedł z pokoju na korytarz, spotkał tam moją siostrę wracającą z ogrodu ze śmietnikiem w ręce. Dzięki jej zimnej krwi, gdy rodziców wypuścili z aresztu, mogliśmy zrealizować druk…
Paweł Błażewicz
-
- Rodzina Błażewiczów, od lewej: Katarzyna, Piotr, Dorota, Tatiana Stolarczyk, Paweł, Bohdan, Arch druk. Błażewiczów.
Moja rodzina na schodach wyjścia z mieszkania do ogrodu, którędy moja siostra Dorota wynosiła sprzęt drukarski tuż przed rewizją. Pod schodami znajdował sie schowek na narzędzia ogrodnicze.
Tekst opublikowany w Biuletynie IPN, czerwiec 2022 r. W niniejszej publikacji został znacznie wzbogacony o zdjęcia oraz linki
Poniżej tekst o początkach Solidarności Walczącej, a zwłaszcza o okolicznościach decyzji o jej powstaniu. Autorem tekstu jest Paweł Falicki, uczestnik tych wydarzeń, w tamtym czasie niedawno upieczony magister i programista Centrum Obliczeniowego Uniwersytetu Wrocławskiego, a następnie Pracowni Modeli Matematycznych w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.
Motto: „Idź tam! Czego się boisz? Najwyżej cię zabiją. Myślisz, że jesteś taki ważny?”
(Kornel Morawiecki do Pawła Falickiego podczas rozruchów ulicznych 31 sierpnia 1982 we Wrocławiu)
Było dżdżyste, ciepłe majowe popołudnie. Wille na wrocławskim Biskupinie licytowały się kwiecistymi, pachnącymi miodem ogródkami. Spokojne, mokre i wąskie uliczki świeciły pustkami. Tu i ówdzie przemykał się ktoś pod parasolem. Kolejne osoby wchodziły do jednego z lepiej wyglądających domków. Przy wejściu hasła nie obowiązywały – zostałem wcześniej sprawdzony w mieszkaniu-filtrze czy nie mam „ogona”. Gospodarz – p. Tadeusz Bielawski – zapraszał na drugie piętro-poddasze. W szyby skośnych okien uderzały drobne krople wiosennego deszczu. To tu rozpoczynało się najważniejsze dla późniejszej „Solidarności Walczącej” spotkanie działaczy zdelegalizowanego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”.
Do miejsca spotkania, przybyło co najmniej dwu poszukiwanych przez milicję mężczyzn: przewodniczący Regionalnego Komitetu Strajkowego NSZZ „Solidarność” – Władysław Frasyniuk oraz szef wydawnictw związkowych na Dolnym Śląsku – Kornel Morawiecki. Obaj uniknęli cudem aresztowania lub internowania 13 grudnia 1981.
Władysław Frasyniuk jako wybrany wcześniej i niezaaresztowany Przewodniczący Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” niejako z automatu został Przewodniczącym Regionalnego Komitetu Strajkowego na Dolnym Śląsku po wprowadzeniu stanu wojennego. Był poszukiwany przez milicję a w działaniach podziemnych reprezentował oficjalną linię zdelegalizowanego związku.
Kornel Morawiecki – delegat na Zjazd NSZZ „Solidarność” w Gdańsku – od początku stanu wojennego organizował podziemną sieć wydawniczą na Dolnym Śląsku. Zresztą wydawał już wcześniej nielegalny „Biuletyn Dolnośląski” nieco wzorowany na „Biuletynie KOR” w sferze informacyjnej, acz z własną koncepcją przyszłości Polski. To doświadczenie bardzo się teraz przydało. Już od 13 grudnia Kornel organizował redakcję, druk i kolportaż „Z Dnia na Dzień” – związkowej gazetki informacyjnej podtrzymując tym wrażenie działania spacyfikowanej przez oddziały ZOMO siedziby „Solidarności”. Pierwsze oświadczenia RKS-u były podpisywane przez Kornela bez porozumienia z oficjalnymi władzami NSZZ „Solidarność”, których większość członków była internowana. Dopiero, gdy udało się odnaleźć ukrytego Władysława Frasyniuka, Regionalny Komitet Strajkowy rozpoczął podpisywanie oświadczeń także jego nazwiskiem (później zastąpionym przez Józefa Piniora i Piotra Bednarza).
Byłem w jednej z pierwszych grup redakcyjno-drukarskich (z Piotrem Franielczykiem, Arkadiuszem Dobrowolskim, Jerzym Otfinem i Kazimierzem Suszyńskim) – 17 grudnia 1981 roku wypuściliśmy jakieś ulotki z nieporadnie zebranymi informacjami o internowaniach i aresztowaniach. Druku na ramce w czyimś mieszkaniu na Nowym Dworze uczył nas Piotr Franielczyk. Ale to dzięki Kazikowi Suszyńskiemu – wieloletniemu kolporterowi „Biuletynu Dolnośląskiego” skontaktowaliśmy się z Kornelem Morawieckim wspierając naszą mini-strukturą podziemne wydawnictwa NSZZ „Solidarność” od pierwszych dni stanu wojennego. Wtedy nie było mowy o jakichkolwiek własnych pomysłach na organizację Polski – byliśmy po prostu częścią zdelegalizowanego przez władze związku zawodowego.
Ale warto może przypomnieć, że w stosunku do Kornela trwał wtedy niezakończony proces sądowy. Kornel był w nim oskarżony o opublikowanie po rosyjsku w nielegalnym „Biuletynie Dolnośląskim” apelu do radzieckich żołnierzy. Strona z rosyjskim tekstem została przedrukowana w pezetpeerowskiej „Gazecie Robotniczej” z piętnującym ją komentarzem. Ta gafa redaktorów dodatkowo rozwścieczyła Służbę Bezpieczeństwa, bo wtedy dopiero naprawdę tekst dostał się w ręce stacjonujących w miastach Dolnego Śląska Rosjan. Zarzut był w tych czasach bardzo poważny, bowiem „godził w sojusze”. Proces mógł skończyć się wieloletnim więzieniem, niekoniecznie w Polsce. Ta sprawa niewiele miała wspólnego ze związkową działalnością.
W spotkaniu na Biskupinie w maju 1982 roku brało udział nie więcej niż 10 osób. Oprócz poszukiwanych przez Służbę Bezpieczeństwa Kornela Morawieckiego i Władysława Frasyniuka byli tam: Tadeusz Świerczewski („Rustejko”), Zbigniew Oziewicz („Antoni”), Michał Gabryel („Bartek”), Tadeusz Jakubowski („Augustyn”) i chyba Barbara Labuda („Bella”). Być może był Piotr Bednarz i jeszcze ktoś ze strony władz RKS. No i ja – Paweł Falicki („Tumor”).
Zebranie miało na celu wypracowanie wspólnej linii protestów przeciw wprowadzonemu stanowi wojennemu. Kornel, „Rustejko”, „Antoni”, „Bartek” i ja – byliśmy zwolennikami przyjęcia ostrego kursu przeciw komunistom. Jednym z elementów protestów miały być manifestacje uliczne. Pozostali opowiadali się raczej za formami pokojowymi, np. wyłączaniem telewizorów i ustawianiem świeczek w oknach każdego 13 dnia miesiąca. W pewnym momencie, gdy dyskusja między Władkiem a Kornelem nabrała ostrzejszej formy, głos zabrał „Augustyn”. Wstał i rozłożywszy teatralnie swoje długie ręce rzekł: „Chcecie ludzi posłać na ulice pod karabiny maszynowe!”
Na takie dictum zapadła cisza. Ponieważ dalsza dyskusja nie kleiła się, pojedynczo zaczęliśmy opuszczać gościnne poddasze willi. Wyszedłem jako drugi czy trzeci.
Deszcz wciąż mżył, ale na rogu Gierymskich i Orłowskiego była inna „meta”, w której wszyscy się schroniliśmy. Gospodynią była sympatyczna brunetka, p. Krystyna Nowakowska i jej mąż, Ryszard. W mieszkaniu czekał Jan Pawłowski („Jan”) nasłuchujący przez przestrojone radio SB-ckich częstotliwości i utrzymujący jakiś kontakt z rozstawionymi w okolicy naszymi „czujkami”. Była też Hanna Łukowska-Karniej („Nina”) – iskra organizacyjna i jedna z łączniczek Kornela. Czekała także i gorąca herbata. Przyszedł „Antoni”, „Bartek” i wreszcie Kornel.
Pierwszy zaczął się wściekać „Antoni”. – Co to za solidarność?! – krzyczał. – To solidarność na kolanach! Solidarność z proszalnie wyciągniętą ręką! My nie możemy się poddawać, musimy walczyć! To jest jakaś solidarność zgarbiona! A my jesteśmy solidarnością walczącą!
Wywiązała się dyskusja o dalszych działaniach i sensie ich uzgadniania ze środowiskiem działaczy związkowych zgromadzonych wokół Władka Frasyniuka. Czuliśmy się częścią związku zawodowego „Solidarność” a jednocześnie nie chcieliśmy zaakceptować spolegliwej polityki biernego oporu przeciw ewidentnemu złu, jakie zalewało nasz kraj.
Wszyscy czuliśmy niesmak po spotkaniu z szefostwem RKS-u. To wtedy, na rogu ulic Orłowskiego i Braci Gierymskich powstał pomysł założenia nowej, odrębnej, aktywnej struktury NSZZ „Solidarność”, związku, z którego wszyscy wyrośliśmy. Jeszcze nie wiedzieliśmy, czy o naszej powstającej strukturze mówić ‘porozumienie’ czy może już ‘organizacja’. Początkowe wahania, czy powinniśmy używać w nazwie słowa „solidarność” zostały rozwiane przez Kornela: „to są nasze korzenie i mamy do tego prawo!” Spoiwem był aktywny antykomunizm.
Pierwszy numer nowego pisma „Solidarność Walcząca” miał cztery strony A4 i ukazał się 38 lat temu (13 czerwca 1982 roku) w ok. 10 tys. egzemplarzy. Opublikowałem w nim tekst „Dlaczego ulica?” jako „Piotr Kminkiewicz”, po którym „Solidarność Walcząca” uzyskała etykietkę ekstremy podziemia – zarówno od ugodowo nastawionego RKS-u NSZZ „Solidarność”, jak i od komunistycznych władz PRL. Wkrótce skonstruowaliśmy zasady działania nowej struktury, powstała przysięga, której złożenie oznaczało przystąpienie do „Solidarności Walczącej”. Na czele organizacji stanęła Rada SW. Przewodniczącym Rady SW był Kornel Morawiecki, a w jej skład weszli:
- – Zbigniew Bełz
- – Paweł Falicki
- – Michał Gabryel
- – Jerzy Gnieciak
- – Maria Koziebrodzka
- – Cezariusz Lesisz
- – Hanna Łukowska-Karniej
- – Andrzej Myc
- – Zbigniew Oziewicz
- – Jan Pawłowski,
- – Władysław Sidorowicz.
( Jesienią 1984 r. powstała ściślejsza struktura decyzyjna obejmująca większość Polski, nazwana Komitetem Wykonawczym SW w składzie: Kornel Morawiecki, Andrzej Myc, Wojciech Myślecki i Andrzej Zarach, nast. również Andrzej Kołodziej (Trójmiasto), Ewa Kubasiewicz (Trójmiasto), Hanna Łukowska-Karniej, Jadwiga Chmielowska (Śląsk), Roman Zwiercan (Trójmiasto), Zbigniew Jagiełło i Maciej Frankiewicz (Poznań) przyp. Paweł Błażewicz)
A pierwszy numer pisma „SW” zaczynał się tak:
Dlaczego walka?
- – Aby zwyciężyć.
- – Aby obronić najsłabszych i tych, którzy cierpią nędzę, głód i więzienie.
- – Aby przywrócić zdeptane prawa obywateli i narodu.
- – Aby nie dać się zniewolić.
- – Aby być wiernym tradycji Ojców i Dziadów: „za Waszą i naszą wolność”.
- – Aby pokazać światu, że złu i przemocy można i trzeba się przeciwstawić.
- – Aby nie zatracać się w biernym oporze, lecz wspomagać go czynem.
- – Aby doprowadzić do sprawiedliwej społecznej ugody.
- – Aby dać świadectwo naszej godności.
- – Aby żyć.
* * *
Dzisiaj patrzę na tę historię sprzed 38 lat znacznie spokojniej i próbuję znaleźć najcenniejszą wspólną cechę założycieli SW oraz dziesiątek, setek jej kolejnych członków.
Oczywiście, że przez tyle lat wielu z nas wybrało różne drogi. Wielu w ogóle przestało się interesować polityką. W różnych okresach wielu z Polski wyjechało, ale też liczni do Kraju wrócili. Duża część była w różny sposób represjonowana przez ówczesne władze PRL. Niektórzy zajmują się sztuką, inni gospodarką, wielu nauką, liczni są już emerytami. Część jest chora, inni – zdrowi, część uboga, część zamożna. Wielu już umarło. A z pewnością umrzemy wszyscy. Co pozostanie? (…)
Paweł Falicki
Tekst ze strony Stowarzyszenia Solidarności Walczącej










































