"Wyklęty" dziadek z wileńskiej AK i co dalej?
"Służba Bezpieczeństwa, proszę otwierać, rewizja!" twardy męski głos zza drzwi. To już trzecia w tym roku. Znowu będą zaglądać we wszystkie szafy i szuflady. Raz zaglądali też do pianina. Na koniec zabiorą mnóstwo książek, gazet solidarnościowych oraz sprzęt drukarski a nawet zwykłe narzędzia, jak śrubokręty. Najgorsze, że znowu zabiorą tatę. To już siódmy rok konspiracyjnej drukarni w naszym mieszkaniu. Z tej racji często nie mogłem przyjmować w domu kolegów, a po odrobieniu lekcji zamiast grać w piłkę siadałem pomagać tacie w drukowaniu. Podobnie moja siostra Dorota, mama, a nawet babcia Tatiana. Czasami też najmłodszy braciszek Piotr. Miał zaledwie trzy latka, gdy to się zaczęło. Kolejne dziesięć dorastał w tej właśnie atmosferze. Warto było. Dużo więcej dał za Ojczyznę dziadek Jan Błażewicz z wileńskiej Armii Krajowej...
Jeśli interesuje Cię historia Błażewiczów tylko w latach 80-tych, kiedy zajmowali się drukowaniem, to możesz ją przeczytać pod tym linkiem.
5 okupacji Wileńszczyzny
Rodzice taty mieszkali przed wojną na Wileńszczyźnie. Przed II wojną ten region należał do Polski. Ojciec urodził się w Wilnie ukochanym mieście Lelewelów, Mickiewiczów czy Piłsudskich. Ale rodzina mieszkała w podwileńskiej wsi o źle dziś kojarzącej się nazwie – Wielka Rzesza. Dziadek Jan był cywilnym pracownikiem wojska. Pomagał w pracach geodezyjnych w terenie. W czasie II wojny światowej był w Armii Krajowej. Wileńszczyzna przeżyła pod czas tej jednej wojny aż pięć okupacji: sowiecką, litewską, znowu sowiecką, niemiecką po ataku Hitlera na komunistyczną Rosję, i od 1944 r. definitywną okupację sowiecką. To była druga, a właściwie trzecia wojna tego pokolenia…
Babcia Pola – wojenna sierota
Nie przechowała się rodzinna pamięć o wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 r. Wyparły ją tragiczne konsekwencje pierwszej wojny światowej. Babcia Apolonia, którą nazywaliśmy po prostu Pola straciła wtedy swojego tatę. Mieszkali w Wilnie, a więc w zaborze rosyjskim. Mój pradziadek Józef był krawcem. Powołali go do rosyjskiego wojska i nie wrócił z frontu. Być może zginął jak bohaterowie piosenki Sabatonu „Atak żywych trupów” w obronie twierdzy Osowiec. Młodsza siostra babci Felicja zmarła z głodu w czasie wojny, mając cztery lata. Prababcia nie wytrzymała i zmarła ze zgryzoty. Wszystkie te historie trzeba było wyciągać, prawie na siłę. Nikt nie opowiada chętnie takich przeżyć. Moja opowieść jest więc niepełna. Co nieco udało mi się „wyciągnąć” tylko od cioci Feli – starszej siostry mojego taty, dzisiaj 90-cioletniej emerytowanej pielęgniarki.
W domu polskiego oficera
Małą Polą zajęła się parafialna grupa charytatywna. Ostatecznie przygarnęła ją rodzina oficera Wojska Polskiego, który w czasie I wojny walczył w Pierwszym Korpusie Polskim Józefa Dowbora-Muśnickiego tworzonym po rewolucji lutowej, przy demokratycznej Rosji. Helena, starsza siostra babci Apolonii chorowała przewlekle na gruźlicę. Przybrani rodzice, z obawy przed zarażeniem, zabraniali Poli odwiedzać ją w szpitalu, ale miłość siostrzana zwyciężała i babcia po kryjomu widywała się ze swoją siostrą. Niestety, Helena wkrótce zmarła. Babcia Pola pomagała w swojej nowej rodzinie zajmować się domem i opiekować młodszymi przybranymi braćmi. Skończyła, być może w Łodzi, krawiecką szkołę zawodową, i szybko wyszła za mąż za Jana Błażewicza, który pochodził z Wielkiej Rzeszy. Miejscowości znajdującej się na północnym skraju Wilna.
-
- Babcia Apolonia Błażewicz (19 lat), Wileńszczyzna 1928 r., LCVA – Litewskie Państwowe Archiwum w Wilnie, fot. P. Błażewicz.
-
- Apolonia Błażewicz, podanie o wyrobienie dowodu osobistego, LCVA – Litewskie Państwowe Archiwum w Wilnie, fot. P. Błażewicz.
Wybuch II wojny i 3 okupacje
Początek wojny zastał Błażewiczów na Polesiu. Tam dziadek Jan, jako pracownik wojskowej geodezji, pomagał robić pomiary. Ciocia Fela pamięta, jak mieszkali w chałupie z glinianą podłogą, na którą wyłaziły, nie wiadomo skąd, żaby. Gdy wracali do domu, mój dziadek przenosił ją ponad tymi żabami sadzając na stole. Gdy 1 września 1939 r. Niemcy napadli na Polskę, Błażewicze wrócili do Wilna, a dziadek Jan został powołany na front. W tym samym czasie drugi dziadek, tata mamy – Bolesław Stolarczyk, chory, ucieka przed frontem do stolicy Litwy – Kowna. Więcej na ten temat piszę na podstronie Legionista z Rosjanką. Inwazja Armii Czerwonej na Rzeczpospolitą z 17 września, szybko skończyła się pierwszą sowiecką okupacją Wileńszczyzny, co przewidywał sierpniowy pakt „Ribbentrop-Mołotow” pomiędzy Rzeszą Niemiecką (tak właśnie, a nie III Rzesza nazywało się państwo niemieckie) a Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich (ZSRS). Babcia Pola ze smutkiem wspominała o entuzjastycznym przyjęciu sowietów przez część ludności żydowskiej Wilna. Ale już wkrótce Rosjanie oddali Wileńszczyznę Litwie. Po ośmiu miesiącach Armia Czerwona zajęła całą Litwę, a wraz z nią ponownie Wileńszczyznę. To była druga i trzecia z pięciu okupacji krainy Mickiewicza w czasie II wojny światowej.
„Dziel i rządź”
Bardzo skomplikowane były relacje narodowościowe na Wileńszczyźnie w czasie II wojny. Zarówno sowieci jak i Niemcy kierowali się zasadą „dziel i rządź”. Rozgrywali Litwinów i Żydów przeciwko Polakom i na odwrót. Ci pierwsi chcieli po wojnie odzyskać Wilno, więc wielu współpracowało z obydwoma okupantami. Gdy na osiem miesięcy dostali od sowietów Wileńszczyznę, językiem urzędowym stał się litewski. Ciotka Felicja szybko nauczyła się go w szkole. Litwini mieli do końca okupacji swoje wojsko i policję podległą Niemcom.
Sowiecka okupacja i przeprowadzka do Wielkiej Rzeszy
Dziadek Jan po powrocie z frontu wstąpił do partyzantki. Polskie Państwo Podziemne na początku nosiło nazwę Służba Zwycięstwu Polski. Wkrótce polskie władze w Paryżu przemianowały tę organizację na Związek Walki Zbrojnej, a dopiero w dzisiejsze walentynki (katolickie wspomnienie św. Walentego biskupa i męczennika) – 14 lutego 1942 r. powstała Armia Krajowa. Skoro sowieci mieli na polskich terenach mnóstwo donosicieli, to w czasie ich okupacji dziadek Jan na stałe mieszkał ze swoim oddziałem w lesie. W tym czasie na terenie swojej okupacji, nie tylko na Wileńszczyźnie, Sowieci poddali Polaków różnym represjom. Ok. 50 tys. polskich obywateli przymusowo wcielili do sowieckiego wojska, ponadto zorganizowali cztery fale zsyłek na Wschód. W bydlęcych wagonach wywieźli ponad 300 tys. Polaków na zesłanie w głąb Rosji czy do Kazachstanu.
Ten los spotkał przyjaciela naszej rodziny, Zofię Szutrak, gdy miała zaledwie dwa tygodnie. Jej dziadek zmarł w wagonie i został wyrzucony na tory. W Kazachstanie, w takiej zesłanej rodzinie urodziła się Hanna Łukowska-Karniej, w latach 80-tych jeden z najważniejszych działaczy Solidarności Walczącej. Obie panie spotkały się we Wrocławiu i zaprzyjaźniły. Współpracowały wtedy w pracy konspiracyjnej.
No ale wróćmy do represji sowieckich wobec Polaków między 1939 a 1941 r. Ponad 60 tys. osób aresztowali i zesłali do obozów koncentracyjnych pracy przymusowej, ok. 22 tys. osób zamordowali w ramach zbrodni zwanej „katyńską”. Ta tragedia dotknęła część rodziny od strony mamy. Opiszę to na podstronie „Łagiernik i karmelitanka”.
Widziała, jak enkawudziści strzelali do jej taty
Dzięki Bogu, Błażewiczów, na razie, ominął ten tragiczny los. Gdy dziadek siedział w leśnej partyzantce, rodziny nie było stać na wynajmowanie mieszkania w Wilnie. Babcia wprowadziła się więc do rodzinnego domu swojego męża w Wielkiej Rzeszy. Skoro mieszkały tam już rodziny dwóch braci dziadka, do wykorzystania pozostała jedynie sień z wejściem głównym do drewnianego domu. Tam właśnie wprowadziła się babcia ze swoją córką Felą. Dziadek od czasu do czasu odwiedzał swoją rodzinę. Ciocia Fela pamięta jak w czasie takiej wizyty wpadła do gospodarstwa sowiecka policja polityczna NKWD. Enkawudziści strzelali do dziadka z pistoletów, gdy wyskoczył przez okno i pobiegł w stronę rzeki. Na szczęście udało mu się uciec bez szwanku. W wyniku którejś z takich wizyt dziadka, w 1942 r. urodził się mój tato – Bohdan. Przyszedł na świat w wileńskim szpitalu świętych Filipa i Jakuba obok kościoła pod tym samym wezwaniem. Zaraz potem dołączył jako kolejny lokator sieni rzeszańskiej chałupy Błażewiczów.
Niemiecka okupacja i zagłada Żydów
Atak Rzeszy Niemieckiej na Związek Sowiecki przyniósł Wileńszczyźnie czwartą okupację w ciągu niespełna dwóch lat wojny. Niemcy nie mieli tylu donosicieli co sowieci, więc dziadek na co dzień mógł zamieszkać ze swoją rodziną. Tylko na akcje szedł do swojego oddziału partyzanckiego. Ale to właśnie Niemcy przy współpracy litewskich żołnierzy zwanych szaulisami wymordowali w podwileńskich Ponarach ok. 100 tys. osób – elitę obywateli polskiej Wileńszczyzny, prawie wszystkich Żydów, a także przedstawicieli innych narodów, w tym sowieckich jeńców wojennych. Polscy obywatele pochodzenia żydowskiego byli też mordowani masowo w innych miejscach Wileńszczyzny. W lesie, kilka kilometrów od Wielkiej Rzeszy Niemcy wymordowali Żydów wyłapanych w tej okolicy. Ciocia Fela pamięta sąsiada Berkę, który uratował się z tej masakry i w nocy przychodził do jej rodziców po jedzenie. Ukrywał się u jednego polskiego gospodarza w innej wsi. Rodzony brat tego człowieka doniósł Niemcom. Ciotka nie wie, co stało się z tamtym gospodarzem i jego rodziną. Berkę zastrzelił własnoręcznie litewski urzędnik, który wprowadził się do opuszczonego domu po wymordowaniu rzeszańskich Żydów. Niemcy siłą spędzili na tę egzekucję mieszkańców wsi.
Pola handluje, orze, szyje i…
Główny ciężar utrzymania rodziny w czasie wojny spadł na babcię Apolonię. Imała się różnych zajęć od wypieku chleba, przez handel różnymi produktami, po szycie kożuchów. Najcenniejszym meblem w sieni była singerowską maszyna do szycia, jedyny przedmiot, który odziedziczyła po rodzicach. Za uciułane pieniądze kupiła konia, którym orała pole i woziła produkty na sprzedaż. W zimie zaprzęgała go i jechała dalej od domu, gdzie nikt jej nie znał, by zajmować się… wróżbiarstwem. Ciotka Felicja opowiada, że babcia wracała z workiem suszonego chleba i plasterkami różnych wędlin, którymi ludzie płacili za wróżby. Opieka nad sienią i nad moim ojcem spadała wtedy na dziesięcioletnią Felicję. Niezależnie od prac domowych, Fela chodziła na tak zwane „tajne komplety”, czyli konspiracyjne lekcje. Niemcy zamierzali wymordować elitę polskiego narodu, a pozostawić niewielką część, która miała im służyć jako siła robocza. Zabraniali więc Polakom nauki na wyższym poziomie, a polskiej historii i literatury w ogóle Polacy nie mogli się uczyć. Groziła za to kara śmierci. Ale Polacy, jak to Polacy… Jakimś cudem zachowało się w rodzinie zdjęcie konspiracyjnej szkółki. Moja ciotka jest na nim w beżowym płaszczyku. To właśnie ona widnieje na zdjęciu całej rodziny na banerku, gdzie jako jedyna jest w okularach.
-
- Konspiracyjna szkółka, Felicja Błażewicz w beżowym płaszczyku, Wileńszczyzna 1944 r., Arch. Błażewiczów.
Powstanie Wileńskie i zsyłka do Workuty
Armia Krajowa wspólnie z sowietami wyrzuciła Niemców z Wilna w ramach Powstania Wileńskiego zwanego też operacją „Ostra Brama” (7 lipca 1944 r.). Zaraz potem około 6 tys. polskich żołnierzy i oficerów zostało wywiezionych na Syberię, niektórzy siłą wcieleni do armii Berlinga. Dziadek Jan nie dał się złapać – stał się „Wyklętym”. Sowieci aresztowali go dopiero na Boże Narodzenie 1945 r., a więc półtora roku po zakończeniu działań wojennych na tych terenach. Po rocznych przesłuchaniach w więzieniu na Łukiszkach zesłali dziadka do obozu pracy w Workucie. Już więcej nie zobaczył swych dzieci i żony…
Z Wileńszczyzny do Olsztyna i młodzieńcze lata tata
Babcia nie chciała mieszkać w Związku Sowieckim. Wyjechała wraz z dwójką dzieci na tzw. „Ziemie odzyskane” do Olsztyna. Podróż ekspatriantów w bydlęcych wagonach trwała dwa tygodnie. Dzisiaj te 400 km. przemierza się pociągiem około siedmiu godzin. Na początku, babcia Apolonia wraz z Felicją i małym Bohdankiem zamieszkali w Klewkach pod Olsztynem. Znajdowało się tam gospodarstwo rolne należące do Polskiego Radia. Babcia pracowała w ogrodzie. W niedługim czasie znalazła jednak pracę w domu dziecka w Reszlu. Dzieci i młodzież, która tam się znajdowała straciła rodziców w wyniku wojny. Nie były to dzieci porzucone. Mały Bohdanek spał we wspólnej sali z chłopcami z domu dziecka, a babcia wraz z podrośniętą już córką w małym pokoiku dla pracowników placówki. Babcia pracowała tam jako higienistka.
-
- Zaznaczeni od lewej: ciocia Felicja, babcia Apolonia, mój tato Bohdan, podopieczni i opiekunowie domu dziecka w Reszlu, 1947 r.?, Arch. Błażewiczów.
Moi rodzice – Katarzyna i Bohdan – poznali się w szkole podstawowej w Likuzach pod Olsztynem. Teraz to dzielnica tego miasta. Chodzili do jednej klasy. Tato „miał pod górkę do szkoły”. Wolał jezioro i żagle, ale uwielbiał czytać i znał się z miejskiej biblioteki z ojcem swojej przyszłej żony.
-
- Bohdan Błażewicz (w środku) z kolegami w Klubie Ligi Obrony Kraju nad Jez. Krzywym w Olsztynie, Arch. Błażewiczów.
-
- 7 klasa szkoły podstawowej w Likusach, trzech chłopców w ostatnim rzędzie, od lewej: mój tato – Bohdan Błażewicz (z Wileńszczyzny), Franciszek Gajdulewicz (z Wileńszczyzny), Jerzy Szadura (z Wileńszczyzny), pozostałe postacie jako 1 rząd: Renata Ziejewska (Warmiaczka), Elfryda Blak (Warmiaczka), Irena Sobieska (z Wileńszczyzny?), Eryka Gensch (Warmiaczka), Jadwiga Dudarewicz (wilnianka), moja mama – Katarzyna Stolarczyk (Kowno), Janina Balak (z Pińska), Horst Demut (Warmiak), Jerzy Lachowicz (z Wileńszczyzny), Likusy 1956 r., Arch. Błażewiczów.
W 1956 r. po szkole podstawowej dostał się do Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. Z pewnością był świadomy krwawo stłumionej manifestacji czerwcowej w Poznaniu 1956 r. Pamiętam, że gdy byłem w trzeciej klasie dał mi artykuł o tej masakrze, poświęcony przede wszystkim trzynastoletniemu Romkowi Strzałkowskiemu, który został wtedy zastrzelony przez funkcjonariusza komunistycznej tajnej policji politycznej.
-
- Bohdan Błażewicz z siostrą Felicją przed Szkołą Rybołówstwa Morskiego w Gdyni, 1956/57, Arch. Błażewiczów.
Niestety, w drugim roku nauki tato został wyrzucony ze szkoły. Jako powód władze szkoły podały słabe wyniki w nauce. Nie można tego wykluczyć, choć ojciec był zafascynowany morzem i żeglarstwem. Jednym z powodów wyrzucenia go ze szkoły rybołówstwa mogło być również odkrycie, że jego ojciec był Żołnierzem Wyklętym skazanym przez sowietów na 10 lat przymusowej pracy w łagrach w rosyjskiej Workucie. Wypełniając ankietę szkolną, tato napisał, że stracił ojca w 1944 r. Nie przyznał się również do jego przynależności do Armii Krajowej.
Po powrocie w 1958 r. do Olsztyna chwytał się różnych prac. Najbardziej lubił być ratownikiem na miejskiej plaży. Świetnie pływał, uprawiał też żeglarstwo. Ale nie był aniołkiem. Rozpoczęły się problemy z alkoholem i bójki, które skalą przekraczały sposób bycia zwykłego chłopaka. Miał ksywę „Błażej Bomba”. Dawał znać wewnętrzny bunt po wyrzuceniu ze szkoły, problemy, które miewają dzieci wychowywane przez jednego rodzica. Kiedy babcia Apolonia ponownie wyszła za mąż, relacje z ojczymem nie układały się najlepiej. Nadzieję dawało, że zbuntowany Bohdan intensywnie uprawiał sport i czytał dużo dobrych książek. Nie podjął jednak nauki w żadnej szkole – „Choć na plażę to ci wskażę dziary, sznyty, tatuaże…”
Ten fatalny okres przerwało ponowne spotkanie z Kasią Stolarczyk, czyli przyszłą żoną. Babcia Apolonia, mama zbuntowanego Bohdanka była skutecznym katalizatorem tej relacji. Moja przyszła mama w międzyczasie zdając maturę zakończyła naukę w olsztyńskim Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza. W przeciwieństwie do Bohdana była grzeczna dziewczynką, zaangażowała się w harcerstwo, pomimo silnej presji komunistycznych władz na tę organizację. W szkole cierpiała na przedmiotach ścisłych i cieszyła się z humanistycznych, poza łaciną. Skutecznie unikała dyrektora szkoły, starego komunisty i ateisty, który potrafił zerwać uczennicy z szyi łańcuszek z krzyżykiem.
Po maturze skończyła SN, ale nie Stronnictwo Narodowe, lecz po prostu Studium Nauczycielskie, które uprawniało do nauczania w szkole podstawowej. Przez rok pracowała w SP nr 8 przy ul. Pieniężnego. Dzisiaj w tym budynku znajduje się przedszkole.
W 1963 r. zaczęła pracę w szkole podstawowej na wrocławskich Żernikach. Podjęła też polonistyczne studia zaocznie w Opolu, ale często bywała w Olsztynie.
Kasia i Bohdan pobrali się w olsztyńskiej katedrze św. Jakuba w 1964 r. i zamieszkali we Wrocławiu przy Jaworowej 44 w mieszkaniu brata ciotecznego mamy Tadeusza Feli, któremu niedawno zmarła żona.
Właściciel mieszkania był w czasie wojny żołnierzem Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego, a po wojnie na kilka miesięcy został zesłany przez sowietów do obozu filtracyjnego w Donbasie, gdzie musiał niewolniczo pracować w kopalni. Większa część rodziny Felów została po wojnie ekspatriowana z Wileńszczyzny i osiedliła się we Wrocławiu. Niektórzy zostali rozsiani po całym świecie wraz z innymi ocalonymi przez armię gen. Andersa. Dziadek Tadeusz, bo tak żeśmy go nazywali, był bardzo spokojny i głęboko wierzący. Jego siostra Maria wstąpiła do wrocławskiego klasztoru karmelitanek jako furtianka. W tę ułożoną atmosferę wtargnął zbuntowany Bohdan. Choć szybko podjął pracę, a żona zmobilizowała go do podjęcia nauki w wieczorowej szkole zawodowej, a następnie w technikum, to problemy z alkoholem się nie skończyły. Tato zaczął się jednak wprawiać w nowej roli. Wkrótce urodziła się Kasia. Jak tylko podrosła, rodzice zaczęli zabierać ją w góry. To, obok sportów wodnych, była nowa pasja ojca .
W najbliższej rodzinie nie zachowały się jakieś szczególne wspomnienia z millenijnego roku 1966, roku obchodów 1000-lecia chrztu Polski. Przez dwanaście miesięcy przeszła wtedy przez nasz kraj ogromna fala manifestacji patriotycznych, prawdopodobnie największa w historii Polski. Manifestacje te miały charakter religijny i wynikały z programu nakreślonego przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, gdy był więziony przez komunistów w latach 1953-1956. Chodziło o narodową Wielką Nowennę – dziewięcioletnie przygotowanie do Millenium Chrztu. Najczęściej mówi się, że Polacy zobaczyli, ilu ich jest, w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski Jana Pawła II w 1979 r. I, że ta świadomość siły stanowiła ważny impuls do powstania „Solidarności” w 1980 r. O ile pierwsza pielgrzymka papieska, w ciągu dziewięciu dni, zgromadziła setki tysięcy rodaków w ośmiu miastach i miasteczkach, o tyle Millenium było zjawiskiem masowym o tym samym natężeniu trwającym przez cały rok i obejmującym całą Polskę.
To właśnie doświadczenia z tych obchodów zostały wykorzystane w czasie pierwszej pielgrzymki. Zaryzykuję porównanie, że Nowenna i Millenium 1966 r. stanowiły nagromadzenie prochu, który wybuchł, w dużej mierze, pod wpływem pierwszej pielgrzymki Papieża do Polski. W wielu publikacjach, w tym w podręcznikach, Millenium jest często marginalizowane. Większe znaczenie przypisuje się wydarzeniom militarnym czy ściśle politycznym, choćby obejmowały swoim zasięgiem niewielką część społeczeństwa.
Dwa lata po Millenium, w marcu 1968 r. miały miejsce bardziej rozreklamowane, choć o dużo mniejszym zasięgu społecznym, protesty studenckie. Wziął w nich udział mój ojciec. W piwnicy na Jaworowej 44 przez lata wisiał kawał rury gumowej z rzemieniem. Takie imitacje milicyjnych pałek komuniści rozdawali robotnikom zachęcając ich, by pomagali w tłumieniu studenckich manifestacji. Tato wolał jednak chodzić na te manifestacje jako uczestnik. Zebrał też od kolegów robotników pieniądze i zaniósł jako wsparcie dla studentów Politechniki Wrocławskiej.
Rok 1970 pozostał w pamięci przez masakrę, jakiej komuniści dokonali w Gdyni i w Szczecinie. 17 grudnia, w Gdyni peerelowskie wojsko strzelało z samego rana do stoczniowców idących spokojnie do pracy ze stacji podmiejskiej kolejki. To właśnie tego dnia zastrzelili Zbyszka Godlewskiego znanego z piosenki jako „Janek Wiśniewski”. Komuniści zabili wtedy na Wybrzeżu 45 osób, a ponad tysiąc ranili. Tę tragedię pokazuje film fabularny „Czarny czwartek” i liczne materiały w internecie, nie licząc książek. Wkrótce po masakrze na Wybrzeżu rodzice otrzymali list od swoich przyjaciół z Gdyni. Niedługo po tym na Jaworową 44 przyszedł były kolega mamy ze studiów polonistycznych w Opolu. Okazał się być funkcjonariuszem komunistycznej tajnej policji politycznej SB. Pytał o list. Rodzice nie przyznali się, że doszedł do ich rąk. Dla niepoznaki zaprosili go na herbatę, a tato poczęstował czymś mocniejszym. Sprawa „rozeszła się po kościach”.
Kolejne wielkie wydarzenie w drodze do polskiej niepodległości to brutalnie spacyfikowane przez milicję robotnicze protesty w Radomiu. Było to impulsem do powstania Komitetu Obrony Robotników. Jego korzenie sięgają do pomocy humanitarnej, jaka radomskim robotnikom zaczęli udzielać harcerze z warszawskiej Czarnej Jedynki. Liderem tego skautowego środowiska był Antonii Macierewicz. W KORze spotkali się natomiast przedstawiciele różnych środowisk opozycyjnych. Obok harcerzy Antoniego Macierewicza, znaleźli się tam ks. Jan Zieja czy, do niedawna, zażarci komuniści jak Jacek Kuroń i Adam Michnik.
Prawdziwym trzęsieniem ziemi, tyle że pozytywnym, otwierającym nową epokę, był wybór biskupa krakowskiego Karola Wojtyły na Papieża 16 października 1978 r. Miałem wtedy 6 lat. Bardzo dziwiłem się ekscytacji wszystkich dorosłych w mieszkaniu przy Jaworowej 44/1. Nie pamiętam natomiast nic z pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce w 1979 r., choć te narodowe rekolekcje odegrały ogromną rolę w tym, co miało się wydarzyć rok później. Przypomnę, że sam wybór Polaka na Papieża w dużej mierze zawdzięczamy prymasowi Wyszyńskiemu, który nie tylko obronił przed komunizmem Kościół katolicki w Polsce , ale był traktowany jako przywódca narodowy nawet przez niewierzących Polaków. Jan Paweł II uruchomił energię wolnościową, która nagromadziła się w Polakach od 30 lat pod przywództwem prymasa Wyszyńskiego. Symboliczną iskrą do wolnościowego wybuchu była homilia na Placu Zwycięstwa, dzisiaj Pl. Piłsudskiego. Warto zacytować te szczególne słowa Papieża: Ja syn polskiej ziemi, a zarazem Jan Paweł II – papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania [Ducha Świętego], wołam wraz z Wami wszystkimi: niech zstąpi Duch Twój, niech zstąpi Duch Twój!…i odnowi oblicze ziemi…tej ziemi
ROk 1980 Przyszły lipcowe i sierpniowe
Historia Błażewiczów w epoce lat 80-tych, kiedy drukowaliśmy w naszym mieszkaniu przy Jaworowej 44, znajduje się pod tym linkiem pod tytułem Błażewicze i „Walcząca”












