Nieraz stali na granicy polsko-niemieckiej wiele godzin. Byli traktowani jak przemytnicy. Ferie świąteczne i urlopy wykorzystywali, żeby pomagać Polakom po wprowadzeniu przez komunistów stanu wojennego. Około 80 transportów humanitarnych w ciągu siedmiu lat przywieźli do Polski wolontariusze ze stowarzyszenia Pologne – Liberté z francuskiego Aix en Provence. A wszystko zaczęło się od decyzji Luisa i Jacqueline Martinezów po nocnym czuwania przy Najświętszym Sakramencie w intencji Polaków. (…)
Nie pamiętam dokładnie, w którym roku, proboszcz naszej kapucyńskiej parafii spytał, czy możemy przyjąć na nocleg państwa Martinezów, którzy przywieźli z Francji dary humanitarne. Kapucyni świetnie znali nasze zaangażowanie opozycyjne, bo sami często użyczali swojego klasztoru na działalność naszej drukarni. Proboszcz, ojciec Adam Białek lokując u nas Francuzów chciał, żeby nawiązali kolejne kontakty z opozycją. Martinezowie, wraz z dwudziestką przyjaciół zaraz po wspomnianym nocnym czuwaniu założyli stowarzyszenie Pologne – Liberté. Z czasem inicjatywa objęła ponad sto osób systematycznie płacących składki i angażujących się w działania. (…)
- Od lewej doktor Jean Default i Luis Martinez, posiłek w drodze, 1986 (?), Arch. Rodziny Martinezów.
- Od lewej: kapucyni o. Stanisław Wardęga i o. Adam Białek, wolontariusze z Pologne-Liberté – Dominique Duteil, dziennikarz Radia-France International, Luis Martinez, zima 1986/87, Arch. Rodziny Martinezów.
- W mieszkaniu państwa Martinezów, od lewej Luis M., Emmanuel M., Marie M., rosyjski emigrant, muzyk, Andriej Wołkoński, Jacqueline M., Jean M, zdj. z lat 90-tych, Arch. Rodziny Martinezów.
W maju 1982 r. poprowadził pierwszy transport pomocy do Polski. Drugim kierowcą był kapłan z parafii Saint Jean de Malte, Michel-Pierre Morin. Na początku transporty były wyłącznie humanitarne. Ale kolejne, obok żywności, ubrań i leków, ukrywały materiały dla solidarnościowej opozycji: farby drukarskie, papier, odczynniki chemiczne, a nawet sprzęt elektroniczny np. do nadajników radiowych. Oczywistością był także przerzut polskich książek i czasopism, zwłaszcza paryskiej Kultury, drukowanej – specjalnie do szmuglowania przez granicę – na cieniutkim papierze biblijnym w formacie A7, czyli wielkości czterech pudełek od zapałek. Te materiały były ukryte w „fabrycznie” zamkniętych pudełkach z ryżem, proszkiem do prania lub w konserwach z „konfiturą”. Tą drogą, ukryty w zakamarkach furgonetki, dotarł do nas duży francuski plakat przedstawiający Jaruzelskiego w formie pionka szachowego na zakrwawionym polu o kształtach Polski, z podpisem „Pion du Moscu”. Już wkrótce wydrukowaliśmy identyczny plakat z przetłumaczonym napisem „Pionek Moskwy”.
- Plakat francuski i diapozytywy do naświetlania sita drukarskiego, polskiej wersji, zdjęcie współczesne, Arch. Błażewiczów.
- Diapozytywy polskiej wersji francuskiego plakatu „Pion de Moscu” do naświetlania sita drukarskiego, zdjęcie współczesne. Fot. Paweł Błażewicz.
Z tej pomocy humanitarnej i konspiracyjnej korzystały także inne miasta. W Krakowie środowiska związane z klasztorem dominikanów i z tynieckimi benedyktynami. Ważnym punktem była tam również mistrzejowicka parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, gdzie proboszczował ks. Kazimierz Jancarz. Trzecim docelowym miastem transportów był Tarnów, a konkretnie klasztor Zgromadzenia Sióstr Serca Jezusowego.
Taka wyprawa, tam i z powrotem ok. 4 tys. km, trwała co najmniej 10 dni. Francuscy dobrodzieje brali na to urlopy wypoczynkowe lub wykorzystywali przerwy w nauce, jak studenci Marie i Emmanuel, dzieci państwa Martinezów. Wśród kierowców warto wymienić także generała Jacques Laurent, byłego francuskiego attaché wojskowego w Moskwie.
Fragmenty mojego artykułu o inicjatywie państwa Martinezów, opublikowany w majowo-czerwcowym numerze W Sieci Historii, 2022 r.
Paweł Błażewicz





