Z wydawaniem „Biuletynu Dolnośląskiego” związany byłem od dzieciństwa. Miałem jedenaście lat, kiedy w domu, w naszej pęgowskiej „Kornelówce”, u ojca w pracy zacząłem widywać już nie tylko gazetki i książki, wydawane poza zasięgiem cenzury, ale już całe paczki bezdebitowych wydawnictw a także ryzy papieru, puszki farby i inne materiały poligraficzne. Doskonale rozumiałem, że był to dalszy ciąg tej samej działalności, o której czytałem w książkach o okupacyjnej konspiracji i słyszałem z całego mnóstwa wspomnień członków i przyjaciół mojej rodziny.
Niemal od początku ojciec powierzał mi różne zadania, związane z „Biuletynem”. Nie były bardzo ryzykowne. Polegały głównie na zaniesieniu do kogoś w tornistrze jakiegoś pakunku, zawierającego np. matryce. Z samym drukiem po raz pierwszy zetknąłem się w Wilczynie, gdzie dla potrzeb powielania rodzina Winciorków oddała cały wielki strych swojego domu. Drukowali Wojtek Winciorek, moja siostra Anna, Janusz Goryl, Zbyszek Duszak, Mariusz Łubyk, bracia Rogusowie. Oczywiście także mój ojciec, który przyprowadzał kolejne osoby, mające się uczyć drukarstwa. (Mateusz Morawiecki ok. 1980 r., Arch. Rodziny Morawieckich)
Samo ukazywanie się „Biuletynu” nie było dla niego najważniejsze. Za największą wartość uważał to, że jego struktura poligraficzna stanie się wielką, multiplikującą się, konspiracyjną szkołą niezależnego drukarstwa. Bardzo liczył na to, że każdy, kto się nauczy drukować, swoimi umiejętnościami dzielił się będzie z następnymi osobami. I że tym sposobem powstawać będą kolejne niezależne od władz inicjatywy wydawnicze. Dokładnie tak się potem stało – pojawili się w podziemiu ludzie, którzy nie tylko drukowali, ale przez wiele lat prowadzili kursy drukarskie. Absolwentami tych kursów były nie tylko setki nowych drukarzy, ale też setki nowych nauczycieli druku. Tym sposobem realizował się ten naczelny cel – podziemna działalność wydawnicza stawała się zjawiskiem niemożliwym do opanowania. Nawet największe represje ze strony komunistycznych służb nie były w stanie zahamować tego zjawiska, rozsadzającego samą istotę totalitarnego ustroju.
-
-
Janusz Goryl, Arch. A. Morawiecka.
-
-
Anna Morawiecka ok. 1980 r., Arch. A. Morawiecka.
-
-
Słynna ekipa od transparentu „Wiara Niepoedległość” w czasie pielgrzymki Papieża do Polski w 1979 r., Kornel Morawiecki, Jerzy Petryniak, Garret Sobczyk i Zbigniew Duszak, Arch. H. Lazarowicz.
-
-
Przyjaciele rodziny Morawieckich w Pęgowie na imieninach pani Jadwigi w październiku 1979 r., Arch. Morawieckich.
(Przyjaciele rodziny Morawieckich w Pęgowie na imieninach pani Jadwigi (z kwiatami) w październiku 1979 r.; pośród nich niektórzy z pierwszych drukarzy Biuletynu Dolnośląskiego: po prawej stronie od pani Jadwigi Morawieckiej Janusz Goryl, Jerzy Petryniak (w okularach), dalej dziadek Józef Różyczka (w berecie), Zbigniew Duszak (w jasnym swetrze), za mężczyzną z gitarą najstarsza córka Morawieckich, Anna; ponadto, po prawej stronie Mateusz Morawiecki (w białej koszuli), Marta Morawiecka (stoi bokiem po lewej stronie), obok kucająca z pieskiem Magda Petryniak i Ola Petryniak, za nią stoi Marysia Morawiecka)
-
-
Marta Morawiecka, Krystyna Oziewicz, Mateusz Morawiecki, Marek Oziewicz, nn w pęgowskiej „Kornelówce”, Arch. K. Oziewicz.
-
-
Kamienica przy ul. Kilińskiego 25 we Wrocławiu, gdzie na 3. piętrze mieszkali Morawieccy do 1983 r., fot. współczesne, Arch. P. Błażewicza.
-
-
W mieszkaniu przy ul. Kilińskiego 25, Kornel, Marta i Jadwiga Marawieccy, Arch. Rodziny Morawieckich.
-
-
Blok, gdzie mieszkali Morawieccy od 1983 r., przy ul. Krynickiej we Wrocławiu, Arch. P. Błażewicza.
O działalności największych podziemnych szkół druku dużo zaczęło się słyszeć w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Z czasem dowiedziałem się, że największymi ich postaciami byli Barbara Sarapuk i Bohdan Błażewicz. Wcześniej spotkałem się jednak z represjami Służby Bezpieczeństwa, która zaczęła prześladować mojego ojca a także innych moich bliskich, głównie moją starszą siostrę Ankę. Któregoś dnia esbecja wpadła do „Kornelówki”. Przetrząsając wszystkie kąty także szopy z różnymi sprzętami gospodarczymi natrafiła na wielką puszkę farby drukarskiej. Niezwykłym spokojem wykazał się wtedy mój dziadek. Ojciec mojej mamy mieszkał tam wtedy. Jak wszyscy w rodzinie, uczestniczył we wspomaganiu działalności wydawniczej i świetnie wiedział, co jest zawartością tej puszki. A kiedy esbecy stanęli przed nim i pokazując tę puszkę zaczęli się wydzierać: „Co to jest?” on nie przejawiał najmniejszej odrobiny lęku. Pełen bezbrzeżnego spokoju, z dobrodusznym uśmiechem wziął tę puszkę do rąk, otworzył ją, zanurzył w farbie czubek palca i patrząc temu ubekowi w oczy powiedział” „Przecież to miodek jest. Chce pan posmakować?” Dziadek rolę tę odegrał tak wiarygodnie, że esbecy chyba uwierzyli w to, co mówił. Obok rzeczywiście stało trzydzieści pszczelich uli, farba miała konsystencję miodu i kolor podobny do tego, jaki pszczoły wytwarzają ze zbiorów leśnych. A było to przecież na skraju lasu. (Dziadek Józef Różyczka, Arch. Anny Morawieckiej)
-
-
Barbara Sarapuk, Arch Stow. SW.
-
-
Bohdan Błażewicz, 1978 r., Arch. P. Błażewicza.
Po wprowadzeniu stanu wojennego druk „Biuletynu Dolnośląskiego” całkowicie zniknął mi z oczu. Pismo ukazywało się nadal – na przekór najbardziej dramatycznym wydarzeniom przez jedenaście lat każdy kolejny numer pojawiał się z regularnością szwajcarskiego zegarka. Mimo, że w tamtych latach byłem codziennym gościem, domownikiem niemal u państwa Lazarowiczów, przez długi czas nie wiedziałem, kto zajmuje się jego drukowaniem. Nigdy o to nie pytałem, w takich sprawach obowiązywała zasada „im mniej informacji – tym lepiej”. Jakoś przypadkiem usłyszałem wtedy, że „Biuletyn” drukowany jest przez różne zespoły, czasem także przez autonomiczne struktury, związane z Solidarnością Walczącą, np. przez „Basztę”. Więcej wiadomości pojawiło się w 1984 roku, kiedy przeżywaliśmy falę represji największą od wprowadzenia stanu wojennego. W tamtych miesiącach SB przeprowadziła rewizje w ponad stu mieszkaniach i zatrzymała w aresztach ponad stu ludzi związanych z Solidarnością Walczącą. 34 osoby miesiącami były wtedy przesłuchiwane i w celach oczekiwały na proces. Chyba po raz pierwszy usłyszałem wtedy o drukarni, działającej w pewnej willi na wrocławskich Krzykach. Skala jej działalności miała być olbrzymia, a w jej pracę zaangażowani mieli być zarówno rodzice, jak i dzieci, w tym także uczeń szkoły podstawowej. Pamiętam, że jakoś tak ciepło na duchu mi się zrobiło, kiedy o tym usłyszałem. Ta historia skojarzyła mi się z wydarzeniami z mojej rodziny. Miło było usłyszeć, że jest więcej takich ludzi działających w podobny sposób. My jednak nie drukowaliśmy u siebie w mieszkaniu. Jakiś czas wykorzystywana była do tego „Kornelówka”, mieszkania różnych przyjaciół, a po wprowadzeniu stanu wojennego moja siostra, Anka na kilka miesięcy przepadła niemal bez wieści, by dniami i nocami drukować w piwnicy jakiejś willi na wrocławskim Psim Polu. Wyobrażenie sobie takiej sytuacji, w której rodzice i dzieci mieszkają sobie w jednym domu, i w tym samym miejscu nie tylko prowadzą całe swoje rodzinne życie, ale i drukują, było bardzo pokrzepiające. Nie bardzo wiedziałem, jak to się ma do znanych mi reguł konspiracji, ale wizja takiego rodzinnego gniazda, będącego zarazem wielką drukarnią, była dla mnie czymś fantastycznym.
-
-
Zdjęcie ślubne Romualda i Heleny Lazarowicz, 1979 r., Arch. H. Lazarowicz.
-
-
„Willa na Krzykach” przy ul. Jaworowej 44, mieszkaliśmy na parterze, widok współczesny, fot. P. Błażewicz.
Będąc licealistą zacząłem pisać artykuły dla „Biuletynu Dolnośląskiego”, z czasem stając się jednym z autorów najbardziej obecnych na jego łamach, choć oczywiście ukrywającym się pod pseudonimami. SB zabierało mnie wtedy dość często na przesłuchania, w czasie których próbowano ode mnie wydobyć informacje na temat miejsca pobytu mojego ojca. Były to przesłuchania całkowicie bezcelowe, bo nie wiedziałem gdzie Ojciec się ukrywał. Dowodów na to, że nasze mieszkanie i my sami byliśmy pod bardzo częstą, o ile nie nieustanną obserwacją, w codziennym życiu nam nie brakowało. Drukiem zajmowałem się wtedy rzadziej.
O działalności rodziny Błażewiczów więcej dowiedziałem się na początku lat dziewięćdziesiątych. Okazało się, że całe mnóstwo moich przyjaciół swoje kompetencje drukarskie zdobyło na kursach, prowadzonych przez Bohdana Błażewicza. Takie też było źródło wielu znanych podziemnych wydawnictw. Rozwiązała się np. zagadka „Wyrostka” – jednej z najbardziej znanych, świetnych konspiracyjnych gazetek młodzieżowych. Jak się okazało – na czele redakcji nie stali uczniowie, ale znany wrocławski polonista, dr Tadeusz Patrzałek. Szefem druku był Bohdan Błażewicz a źródłem większości publikowanych informacji – jego żona oraz troje ich dzieci. Powielaniem gazetki zajmowała się cała rodzina. W roku 1990 przestało też być tajemnicą, że ci sami ludzie wydrukowali również sporą część numerów „Biuletynu Dolnośląskiego”. Być może także tych, w których debiutowałem jako dziennikarz czy publicysta drugiego obiegu. Temu niezwykłemu ośrodkowi wolnego słowa winien więc jestem osobistą wdzięczność. Przede wszystkim jednak drukarska działalność Bohdana Błażewicza i jego rodziny powinna być we wdzięcznej pamięci wszystkich Polek i Polaków. Bez cienia wątpliwości to, czego ona dokonywała przez tak wiele lat, zasługuje na najprawdziwszy podziw i wielkie uznanie.
-
-
Wyrostek, nr 5, s. 1.
-
-
Tadeusz Patrzałek z maszyną do pisania, na której przygotowywał matryce białkowe „Wyrostka”. Był znajomym mojej mamy z pracy, zdj. wsp., Arch P. Błażewicz
-
-
Katarzyna Błażewicz, 1988 r., Arch. P. Błażewicz
Ubolewam nad tym, że dzieła takie, jak rodziny Błażewiczów, są dziś w Polsce tak słabo znane. Może ja to jakoś lepiej rozumiem, bo na własnej skórze odczułem, co znaczy mieć ojca, za swą działalność ukrywającego się, ściganego, siedzącego w więzieniach. Nie chodzi jednak o sam strach o bliskich, o życie z codzienną perspektywą kolejnej rewizji, następnego zatrzymania, przesłuchiwania, czy tego stałego bycia w gotowości na nowy wariant zastraszania, jakim zaatakuje esbecja. Wszyscy z rodziny Błażewiczów, jak i członkowie podobnych rodzin na pewno doskonale wiedzą, o czym mówię. Najbardziej jednak chodzi mi o ten nasz wielki, bezprecedensowy polski dorobek walki o wolność nie tylko przecież naszego narodu. W samym przecież Wrocławiu drukowało się więcej wolnego słowa, niż poza granicami Polski w całym sowieckim imperium od Łaby po Wyspy Kurylskie. Tacy ludzie, jak rodzina Błażewiczów, swoją działalnością konsekwentnie rozsadzali całą tę wielką komunistyczną satrapię. Na przekór przeróżnym prześladowaniom robili to przez całe lata, aż do skutku. Ich dokonania to znamienna część wielkiego polskiego dorobku, który musi być doceniany i pamiętany.
Mateusz Morawiecki, grudzień 2020 r.